A PROPO FOTEK…

ZROBIŁEM WRESZCIE UPDATE WSZYSTKICH ZDJĘĆ… CZYLI NAWET JAK SIĘ COFNIESZ DO POSTÓW ZE WRZEŚNIA TO ZNAJDZIESZ FOTKI, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁAŚ(EŚ) JESZCZE… ZAPRASZAM…

piątek, 3 kwietnia 2009

2009,04,03 – 21:37; (Pic)

To znowu ja… Niektórzy z was myślą, że nasz blog powoli wymiera i nic się nie dzieje… Właśnie wtedy się dzieje bardzo dużo nie mam czasem czasu i sił by o tym pisać, ale nie poddaję się piszę was jeszcze…

Nie wiem kiedy ostatni raz wam pisałem co u mnie się dzieje, ale napisze to co na bieżąco pamiętam, bo zaraz spać lecę, bo na jutro wypoczęci jest mi potrzebne.

Więc wiecie o tym pewnie, że wczoraj była rocznica śmierci naszego papieża Jana Pawła. W Polsce pewnie o tym głośno, tutaj w Afryce nie koniecznie, ale wczoraj jakoś tak szczególnie o tym pamiętam, miałem to w sobie pośród zgiełku, zamieszania, hałasu i twarzy setek ludzi widzianych na ulicach Nairobi, stolicy Kenii. Wczoraj z Paulem wcześnie rano, bo aż o 5 godz. mieliśmy samolot od Nairobi. Przyznam się, że wcześniej spałem tylko 3 godziny, czego skutki odczuwałem podczas całej małej kenińskiej przygody… W Nairobi byliśmy o 6 rano, samolot tak pędził szybko, że ja tego nie ogarnąłem, tylko że szkoda, że na wschód Słońca z lotu ptaka się nie załapałem, ale to nic, Słońce i tak wstało zaraz po tym jak wylądowaliśmy. Odprawa była bardzo długa, wielkie kolejki były. Nairobi jest najbogatszą wschodnioafrykańską stolicą, wiele się tu dzieje jeśli chodzi o kulturę, produkcję, handel, import, export, politykę, turystykę, biznes, gdzie można to odczuć na każdym kroku. Stojąc w kolejce po wizę, usłyszałem polskie zdania, odwracam się i widzę małżeństwo wysokie jak dęby i gadający po polskiemu. Więc i ja zagadałem, że to taki zbieg okoliczności to i tak mało Polaków i w tym momencie głos za głowy się odezwał : „No i ja jestem Polak”… Mężczyzna ten też okazał się Polaskiem, co potwierdził wyglądem i polską mową. No ja już byłem w szoku, bo w Ugandzie nie spotyka się od tam Polaków… Tak to jest, po prostu jest tu ważny węzeł komunikacji lotniczej, z którym są dziesiątki połączeń bezpośrednich ze światem, dlatego jeśli ktoś sobie wymyślił, że poleci do Afryki nie północnej to prawie na pewno otrze się o Nairobi… ale o czym ja tu piszę… Więc jak już im życzyłem wszystkiego dobrego, to z Paulem jakoś szybko znaleźliśmy taxi, która zabrała nas do Ambasady Polskiej, co też było naszym celem naszej podróży… i co? Słuchajcie ostatni raz w takim korku jechałem w Poznaniu do Katedry z ludzikami z akademika, jak papież umarł, to było 4 lata temu. Z 10 km jechaliśmy ze 2 godziny, jednak był czas do spania. Tylko setki metrów sześciennych spalin nie pozwalało czasem nawet oddychać. Kiedy już wreszcie dojechaliśmy do celu, okazało, się że Ambasada zmieniła adres, ale nasz driver wiedział gdzie to jest i zabrał nas tam. Teraz droga była bardziej miejska.. Znaleźliśmy polski budynek dopiero ok. 10 tej… Skoczyliśmy do centrum handlowego na śniadanie i potem załatwiliśmy naszą sprawę z konsulem. Bardzo miły i rzetelny człowiek z tego naszego polskiego konsula, no i po polskiemu gadoł. Zapytałem się czy by nam nie podarował jakiś pokojów na kilkugodzinny sen i ten miły człowiek się zgodził, także chwilę się przekimaliśmy, jednak tylko ok. 30 min. bo potem polska abasacka ekipa zaprosiła nas na obiad. Pojechaliśmy to tego samego centrum, co śniadanie jedliśmy. Pogadaliśmy z nimi trochę na różne tematy, o CALM im opowiedziałem więcej i takie tam. Mówię wam, naprawdę dobrzy ludzie z nich, tacy swojscy, tacy polscy. Cieszę się, że gdziekolwiek się jest w świecie – na Polaków można liczyć…
Potem pojechaliśmy do Centrum by kupić bilety na nocny autobusowy powrót do domu i coś tam pozwiedzać. Za bardzo nie wiedzieliśmy co jest warte zobaczenia, ale jak rozmawiałem z konduktorem matatu – „maly bus taxi” mówił, że wszystko w Nairobi jest ciekawe. Także opowiedział mi trochę o swoim życiu, młody chłopak, James, ma żonę i syna Daniela, powiedziałem mu, że Daniel to mocne imię, w końcu Daniel z lwami walczył. Kiedy już byliśmy w centrum po prostu szliśmy ulicami zatłoczonej, radosnej i hałaśliwej Nairobi… Doszliśmy do jakiegoś Muzeum Archiwów Narodowych, tam weszliśmy i wiele rzeczy dowiedziałem się o Keni a także o całej Afryce. Najbardziej interesujące dla mnie było o Masajach – jest to grupa etniczna, która żyje do dnia dzisiejszego. Wiecie o tym, by Masaj mógł się stać Masajem, musi najpierw lwa zabić i przywdziać jego grzywę… Tylko, że teraz mają problemy, bo rząd bardzo ściga za ich zabijanie, bo lwy są pod ochroną… No cóż… nie można mieć wszystkiego, wybieraj: Park Narodowy pełen lwów lub wioska Masajów pełna prawdziwych mężczyzn… tu już zdania są podzielone, ale co jak co, ich sylwetka wywarła dla mnie wielkie wrażenie… Pamiętam jak jechaliśmy z Anią przez Tanzanie, para Masajów jechała z nami autobusem, ale czad. Już ok. godz. 17, poszliśmy napić się czegoś ciepłego, trafiliśmy do miłej kawiarni na jakimiś swerku. Powiem, że tylu w Nairobi Bazungu, że ho ho. Prawie na każdym kroku można spotkać jakiegoś białasa. Ogólnie jest tam mix narodowości… Zaraz po 17tej wpadliśmy na pomyśl, że może jakiś kościół katolicki znaleźć, bo kościołów tam wiele, ale tylu wyznań, że u ha ha. Dziwnym zbiegiem okoliczności najbliższy nas okazał się katolicki i jeszcze w dodatku największy w mieście, będący katedrą… wielki zbudowany z masywnych cementowych bloków z wierzą na 70 metrów. Akurat trafiliśmy na Msze św., więc zostaliśmy. Pod kościołem potem spotkałem pewną starszą kobietę – Marię, która żebrała o pieniądze dla swoich dzieci. Posiedziałem trochę z nią, trochę mi opowiedziała o swoim życiu a ja o swoim, powiedziałem, że moja mama także ma na imię Maria. Bardzo się ucieszyła. Wiecie o tym, że w tą katedrę błogosławił osobiście nasz papież w 1980 r. czego dowodem była 4 metrowa wielka tablica z jego słowami… Ale czad… Potem tylko zostawiłem list od naszego chłopaka z CALM – Vicenta, który uciekając z Ugandy, trafił właśnie tam i mieszkał przy tym kościele przez 7 miesięcy. Też nie przypuszczałem, że trafimy do tego właściwego kościoła, bo Vicent poszukuje swojej ciociu, która jest dla niego bardzo cenna, chce by go zabrała do Europy, do Włoch, jak też obiecała. No nie wiem… Zostawiam to im i powtarzam, że w Europie to wcale to takie niebo nie jest, tylko też trza ciężko pracować… Już po tym przemierzając wieczorne ulice Nairobi, doszliśmy do naszego przystanku autobusowego. Ale co chciałbym powiedzieć: że w Nairobi można spotkać bardzo kolorowe i głośne matatu i autobusy, myślę nawet, że to taka część tutejszej kultury, że na samochodach publicznego transportu można zobaczyć dziesiątki kolorowych światełek, neonów, małe TVs w środku i bardzo głośna muzyka. I tak jeżdżą chłopaki i szpanują swoimi taxi… mówię wam dzięki temu, miasto wieczorne nabiera takiego pędu i koloru, muzyki i radości, że ho ho… Także podobno bardzo trza uważać, bo jest to jedno z najniebezpieczniejszych miast Afryki, myślę, że Nairobi to taki afrykański Amsterdam, to mogę powiedzieć z całą pewnością, tu jest wszystko dozwolone. Tak, Amsterdam to odpowiedni odpowiednik :) Kiedy już siedzieliśmy w pierwszych fotelach autobusu, odczułem ulgę, że już możemy odpoczywać i spać wracając 12 godzin do domu. W sumie się pomyliłem, bo droga była koszmarna, takie dziury, szczególnie jadąc przez pustynie, a nasz kierowca to wariat był… Ścigał się z innymi jak by w grę komputerową grał. U nich nie ma pojęcia chodnik i że tak są ludzie. Jak prowadzę autobus to przecież wszyscy się mnie boją, czego doświadczyliśmy w praktyce. Na granicy byliśmy ok. 3 nad ranem. W ogóle prawie na każdej afrykańskiej granicy można spotkać o każdej porze dnia i nocy wymieniaczy walut, szczególnie są chętni na bazungu, którzy najczęściej nie znają się na pieniądzach. Ja tam zawsze z nimi próbuję gadać o czymś innym niż kasa, wtedy się mieszają i im głupio. Słuchajcie… Tak na tej granicy poznałem pewnego „wymieniacza”, który ma na imię „Sracz”… Jakoś tak uśmiech mi się cisnął na twarzy i myślałem: dobrze, że ten „biedak” polskiego nie zna, bo by głupio było. Rozmawiałem z nim o życiu jak to nazwał, rozmawialiśmy nawet o Bogu… Bo zobaczył Krzyż na mojej szyi. Tutaj w Afryce o Bogu się mówi bardzo otwarcie, prawie nikt się nie wstydzi swojej wiary, w to, że Jezus prawdziwie żyje w innych, że Mahomet powróci i takie tam… Tylko na koniec było mi ciężko powiedzieć „Well… God bye Sracz…” no ale się udało…

W domu byliśmy ok. 7 rano. Cały poranek dziś był pochmurny i deszczowy, trochę odpocząłem i ogarnąłem zaległości… Popołudniu pojechałem do przychodni się zbadać na malarię, bo ostatnio się źle czuję… i co?? Tak, tak wreszcie jest… Mam malarię, udało się:) Father powtarza, że być w Afryce a nie mieć malarii to jak… coś tam… już nie pamiętam, no ale sens znacie… Jak np. Lipiany bez Przemka, albo jak Słońce bez promieni. Wieczorem zrobiliśmy Drogę Krzyżową, już prawie ostatnią… Kiedy już było ciemno, prąd przychodził i odchodził, ale wreszcie już jest także mogę wam pisać… Będę kończył, bo jutro mam wiele pracy… trudny i piękny dzień mam nadzieję będzie…

Co na koniec? Wciąż powtarzam…
„Prawdziwa wielkość ubrana jest w prostotę…”
Dziś tego doświadczyłem… Jak wrócili ze szkoły podbiegli do mnie i prawie rzucili się na mnie zgraja tych najmłodszych łobuzów… Moi chłopcy z CALM – jesteście dla mnie bardzo ważni… Jak trudno mi będzie was zostawić…

Już spię… Nie ma mnie… Dobranoc Eskimosi, ale tacy już całkiem całkiem wiosenni Eskimosi… :)


2009,04,01 Kaplica i Kampala

2009,04,02 Nairobi - dyplimatyczna misja

2009,04,03 Nasza kolejna Droga Krzyżowa

2009,04,04 Made Partick - wygłupy w szkole, przecież to sobota