Uśmiecham się… tak po prostu… mimo zmęczenia, które trochę tłumi mój umysł i jaźń, ale to, co najważniejsze to mam w sobie… Radość… która jest pełna Nadziei… tego mi tutaj potrzeba, naprawdę…
Dziś pochmurno było od rana, nie padało, ale się niebo buntowało trochę… Rano trochę popracowałem, poranny czas zawsze mi szybko mija… ale staram się do południa znaleźć czas na pracę, na przygotowania do zajęć, ale także na dobrą książkę, trochę muzyki czynnej i nauki języka… angielskiego jak i luganda…czas mam dobrze zorganizowany, tylko chęci za wiele i muszę z wielu rzeczy rezygnować, wybierając tylko to co jest niezbędne i najważniejsze… ale to chyba dobrze, że tak się dzieję… nie można mieć wszystkiego… Popołudniem, ok. 15:30 pomodliliśmy się chłopakami Koronką do Bożego Miłosierdzia, potem rozdałem im jakieś wafelki, bo jeszcze miałem, byli tak zadowoleni… Dałem im porysować, bo miałem przygotowywać piosenki dla Jazz-Band, ale starsi chłopaki pojechali na mecz footballu do sąsiedniego miasteczka… niestety przegrali 2:1, a ten jeden nasz gol to samobój… więc próby Jazz-Bandu nie było… za to wziąłem nową piłkę i poszliśmy grać z resztą chłopaków w nogę, ja ostatnio w sportach zastój tygodniowy miałem i mówię wam jak się trudno wydostać z tego, człowiek czuję się taki jakiś połamany, a jak gram codziennie to rześki i pełen energii… trzeba grać codziennie i to na maxa… Wieczorem na słówku powiedziałem moim chłopakom o Łazarzu i Bogaczu z dzisiejszej Ewangelii, którą także Vicent odczytał przed moim słówkiem. W sumie to się nie przygotowałem, miałem w zanadrzu coś innego, ale opowiedziałem im nawiązując do tej Ewangelii… O tym, że trzeba się dzielić swoim bogactwem z życiu, co stanowi to bogactwo, że to nie chodzi tylko o pieniądze, ale o wszystko, co posiadasz i kim jesteś… to była taaaka długa improwizacja, ale mam nadzieję, że dotarłem do Nich. Potem na nauce otworzyliśmy z Johnsonem czytelnie, gdzie przyszła ok. połowa chłopaków, a reszta uczyła się ze swoich zeszytów w Chapel… I wiecie co? Choć byłem sam do pilnowania dwóch sal, później mi tylko James trochę pomógł… byłem sam, a był taki spokój… i raczej zmęczeni nie byli. Może klucz w ciszy tkwi, by stworzyć mniejsze grupy, bo jak ich jest 140 na jednej sali to szmery, szturchnięcia powodują zasłonę dźwiękową, w której oni gadają…. A tak cisza, kiedy mam ich ok. 50. Potem wieczór, także Cosma porozmawiał ze swoją mamą przez tel. choć kilka minut, ale był szczęśliwy… I tak chodziłem po pokojach i u maluchów w domku byłem ze 3 razy i coś nie chcieli iść spać… kiedy przyszedłem po raz ostatni, zastałem ich modlących się razem, chłopcy co mają po 10 – 12 lat i nie chcieli zgasić światła… Poczekałem aż skończą, zgasiłem światło i opowiedziałem im krótką historię o tym, że pewna kobieta pewnego razu przyszła do jakiegoś sklepu i kiedy za ladą jako sprzedawcę zobaczyła Jezusa, się przeraziła. Jednak On zapytał „czego pragniesz kobieto? Możesz mieć poprosić o wszystko, czego pragniesz…” Więc kobieta zaczęła wymieniać wiązankę swoich marzeń, począwszy od zdrowia, bogactw, dobroci w rodzinie a skończywszy na szczęściu, Jezus poszedł na zaplecze i przyniósł jej małą papierową torebkę, w której coś małego było… Kobieta się zdziwiła, kiedy w środku znalazła Różaniec, i chcąc dopytać się „Jak i dlaczego?” – podniosła głowę, ale Jezusa już nie było. Tutaj nie potrzeba nam komentarza, chłopcy także nie potrzebowali….
I tak wróciłem do pokoju… jutro mnie czeka kolejny dzień… kolejny piękny dzień, dany, ale i zadany, mam nadzieję zwycięski, ale i wymagający walki. Dobranoc wszystkim… dziś ostatnim moim słówkiem niech będzie powyższa anegdota ze sklepu, a ja tym czasem wezmę Różaniec i będę spełniał innych i swoje marzenia… Ciebie także do tego zapraszam, choć Świat mówi, o tym, że to nic nie znaczące, nudne i bez sensu – nie słuchaj… spróbuj tylko przez tydzień, a zobaczysz… wszystko może się zmienić, naprawić, spełnić…
Cierpliwość i Wytrwałość … Odwaga i Moc … Nadzieja i Miłość… Szczęście…