A PROPO FOTEK…

ZROBIŁEM WRESZCIE UPDATE WSZYSTKICH ZDJĘĆ… CZYLI NAWET JAK SIĘ COFNIESZ DO POSTÓW ZE WRZEŚNIA TO ZNAJDZIESZ FOTKI, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁAŚ(EŚ) JESZCZE… ZAPRASZAM…

środa, 29 kwietnia 2009

2009,04,29 – 21:37

Długo mnie nie było… Pewnie niektórzy z Was pomyśleli, że lew mnie pożarł, albo Słońce mnie doszczętnie spaliło, a także niektórzy zapewne pomyśleli, że odleciałem w Kosmos… Może tylko w tym ostatnim jest trochę prawdy… Wciąż żyję, mam się świetnie…

Dlaczego tyle czasu nie pisałem???… W prawdzie to piszę przez cały czas, ale postanowiłem ostatni czas mojej Małej-Wielkiej Misji nie publikować…

Może resztę bloga opublikuję dopiero po powrocie do Domu, gdzie będę mógł spojrzeć na to wszystko z dystansu… Z resztą… i tak Wam do końca nie powiem, dlaczego tak postanowiłem… Są takie chwile w życiu, gdzie jesteś tylko Ty i twoja Mała-Wielka Wojna, gdzie będziesz walczył w Zwycięstwo, nie oczekując poklasku, chwały, szacunku i podziwu innych. Ja chcę walczyć o Piękno, Dobro i Moc…

Odezwę się w czerwcu… Wrócę…

Psalm 27,14

sobota, 11 kwietnia 2009

2009,04,11 – 01-04; (Pic)

W sumie to już sobota, ale we mnie jeszcze płynie piątkowa krew… Właśnie zawitałem do swojego pokoju… Dziś Wielki Piątek… jakoś tak pamiętałem o tym, przez cały dzień… dobrze, że tak było…

Wczoraj razem z wujkami ustaliliśmy jakiś tam plan świąteczny, choć powiem, że nie był tak dobrze dopracowany, bo za mało czasu mieliśmy… No ale jakiś tam jest plan naszych aktywności na tę Wielkanoc…

Jeśli chodzi o piłę nożną, to wczoraj zaraz po Mszy wieczornej, podzieliliśmy ich na juniorów i seniorów, także było losowanie grup… Chłopaki są dzieleni na domy, w których mieszkają: dom nr 1, gdzie szefem jest Wandera, dom nr 2, gdzie ja mieszkam, dom nr 4, gdzie jest dayning room i czwarta grupa to pozostałe domki…

I tak dzisiaj już zaraz po śniadaniu zaczęliśmy od juniorów, do obiadu tylko dwa mecze, ale za to jakie… Co prawda jako pierwsi grali domkarze i dom nr 4, to ich można nazwać juniorami, ale potem dom nr 1 (fionetowi) i dom nr 2 (biali), to już był mix z seniorami, a nawet bym rzekł, że grali najlepsi piłkarze z CALM. No, ale zobaczymy jak będzie podczas niedzielnych finałów… w sumie już sam nie wiem kto wygrał, bo cały czas biegałem tu i tam, tyle miałem innych spraw.

Po meczach, obiad zjadłem z chłopakami – dziś dzień jak co dzień – poszo, ale zjadłem także ze staffem, bo coś dziś głodny byłem :) Po obiedzie nieco odpocząłem… O 15stej mieliśmy główną Drogę Krzyżową, taką bardziej uroczystą jak zwykle, którą zakończyliśmy liturgią w naszej Kaplicy - Sali… Tak gorąco było, że Musoga Richard padł nam, ale żeśmy go ożywili po chwili…

Po nabożeństwie, by chłopaki nie robili nic, wrzuciłem im jakiś biblijny film, a potem ok. 20tej obejrzeliśmy wspólnie „Pasje” Mela Gipsona. Dla chłopaków ten film także ważny… Można było usłyszeć po reakcjach podczas oglądania… Oni to przeżywali to tak prawdziwie… Co chwilę, można było słyszeć komentarze, co się dzieje właśnie, albo co się stanie zaraz… tak jakby oni znają to historię Tego Człowieka, a dopiero teraz mogą zobaczyć na oczy… Myślę, że ten film uczynił i uczyni wiele dobra w nich… choć powiem wam, że było tyle innych osób, które nie oglądając filmu, przychodzili do naszego kina proponując coś innego zamiast filmu, ale daliśmy radę…

Wieczorem po tym, jak już miałem iść smacznie spać, przyszedł do mojego pokoju Ivan, w wiecie co?… zostawiłem wszystko i poszedłem sobie z nim trochę pogadać w świetle Księżyca, bo od kilku dni jest pełnia. W ogóle to tak mocno świeci Pan Księżyc, że myślę, ze daje więcej światła dla CALM, niż naszych kilka jarzeniówek na budynkach, ale zobaczycie na zdjęciach, choć są robione z długim naświetlaniem…

Dobrze jest mieć Przyjaciół… i dzień po dniu poznawać ich historię życia…

„Nie ma większej Miłości, niż ta, gdy ktoś życie swoje oddaje ze Przyjaciół swoich”

- taka Miłość to dopiero tajemnica, wyzwanie, odwaga, ofiara i radość… życzę Wam takiej właśnie Miłości, każdemu z Was na tą nadchodzącą Wielką Noc, taką Miłość pokazał nam już sam Bóg… Niech Pan Jezus, który właśnie dziś umarł, tak jak Ty czasem umierasz, jutro Zmartwychwstał, ale już razem z Tobą… Dobrej Nocy… Czuwającej nocy…

2009,04,09-10 Wielki Czwartek i Piątek

czwartek, 9 kwietnia 2009

2009,04,09 - 22:27

Dziś Wielki Czwartek… nic nie będę pisał… będę słuchał…
Dobranoc…

środa, 8 kwietnia 2009

2009,04,08 – 23:21; (Pic)

Dziś jest wyjątkowy dzień, wyjątkowy w swej wyjątkowości… Czuję, że jest dla mnie jakoś szczególnie ważny, choć nie wiem do końca dlaczego…

Rano piękna pogoda… Jak w raju… coś pięknego, ciepłego i błękitno-zielonego, przeplatane z ćwierkaniem ptaków i uśmiechami na twarzach ludzi… Szybko jak zwykle mi przedpołudnie minęło… jak zwykle mój czas był bardzo wypełniony…

Po obiedzie jak już młodsi chłopcy wrócili ze szkoły, ja sobie poszedłem na krótką drzemkę, ale szybko już przed 3-cią godziną mnie obudzili, Stuart z Eriją… Już miałem sobie spać dalej, myśląc aaa… do 3-ciej sobie pośpię, ale chwilę później wstałem, bo jak można spać, jak oni tam czekają na mnie… To prawda jak otworzyłem drzwi, już było ich kilku, a kilka minut później cała moja 13-15stka chłopaków z klasy 1 i 2. Usiedli pod moimi drzwiami, dlatego pomyślałem, że dziś się pomodlimy Koronką do Bożego Miłosierdzia, właśnie tutaj… I wiecie co… To była jakaś taka inna modlitwa niż zawsze, jakoś tak chłopcy się modlili w ciszy i skupieniu, bo zawsze to jest taki chaos i wszyscy wykrzykujemy słowa modlitwy albo szepczemy i często przybiera ona formę zabawy, ale dziś nie… dziś było tak bardziej prawdziwie, tak bliżej Pana Boga… ja też tak się czułem… Potem wzięliśmy kompa i puściłem dla nich kreskówkę „Po rozum do mrówek”, pewnie znacie ten film, świetna muzyka w nim jest… Czas szybko minął, a na końcówkę filmu załapali się nawet ci starsi, co właśnie ze szkoły wrócili. Ok. 17-tej zrobiliśmy próbę Jazz-Bandu… Oprócz naszych stałych piosenek dziś się uczyliśmy „No woman, no cry” Boba Marleya… bardzo proste chwyty: C G A-m F oraz C F C G… spróbuj… właśnie słyszę ze drzwiami świerszcza, który daje taki nocny koncert jak jakieś piłowanie, ale głośno… takie okazy tylko w Ugandzie… przyjeżdżajcie, posłuchajcie… Na Good-Night Talk Father mówił chłopkom o ważności Świąt Wielkiej Nocy… A na jutro, jak prawie co tydzień przygotowałem dla chłopaków pocięte fragmenty Ewangelii razem z cukierkami… Będę siedział pod bramą CALM i każdy idąc do szkoły, będzie miał z czym iść w Świat :)

To chyba tyle, co mogę Wam napisać… Obejrzyjcie fotki, kilka wrzuciłem z dzisiaj…

„Kiedy słuchasz Sercem, a nie uszami – zwycięża Miłość”

tylko trzeba znaleźć czas, miejsce i zaufanie w sobie, żeby tak po prostu usiąść i posłuchać… a zobaczysz, że odnajdziesz, to czego szukałeś przez długi czas… co może cię zmienić i już nie będzie tak jak było, bo nadejdzie Dobro, Moc i Piękno…

2009,04,06 Oglądanie Wilka i Zająca

2009,04,08 Wyjątkowy dzień

niedziela, 5 kwietnia 2009

2009,04,05 – 23:27; (Pic)

Tak… dziś niedziela palmowa u nas jak i u was… Przez całą poprzednią noc i poranek padał intensywnie deszcz. Nawet zimno było, ze 20 stopni… Dzień mi minął bardzo szybko. Po naszej Mszy porannej z dziesiątkami prawdziwych palm, musiałem trochę odpocząć. Kiedy masz malarię, jesteś bardzo osłabiony, bolą kości i mięśnie, tak jak podczas grypy. Jednak nie cały czas, są takie nawroty, potem jest dobrze, potem znów trzeba wskoczyć do łóżka na godzinną drzemkę, bo ciężko usiedzieć… Jedno jest pewne… Mówię to do tych osób, które szczególnie się martwią i często pytają o moje zdrowie… Więc jeśli nawet masz malarię to bierzesz leki, dużo śpisz, dobrze jesz i jesteś radosny, to żadna malaria nie jest mocniejsza ode mnie… (mam nadzieję, że tak jest, bo dotąd sobie dobrze z nią radzę, choć siostra Jude powiedziała, że to nie możliwe by Muzungu jak ja miał taki wysoki wskaźnik malarii – ok. 8 do 10 i że jest to dowód, że mój organizm musi być silny). Nie dam się żadnej malarii… ja mam tutaj wiele do zrobienia, ja mam chłopaków moich tutaj… nie pozwolę żeby jakieś dzikie małe bakterie popsuły mi, to co buduję…
O tej malarii to pisałem szczególnie dla mojej mamy, bo jak z nią rozmawiałem dzisiaj na skypie to powiedziałem jej, że zdrowy jestem… mamciu, nie ma co się martwić… ja jestem mocny… To niesamowite, ile tu się dzieje codziennie cudów… a ja jaj…

Tak dziś po obiedzie, a był naprawdę dobry, bo to pozostałości po wczorajszej imprezie… Bo wczoraj Father urodziny miał, półwiecze mu stuknęło… No i wiele dla mnie obcych gości było, no ale podobno wesoło było… ja wcześniej poszedłem spać… zaraz jak tylko skończyliśmy z chłopakami nasze sobotnie kino…

Ale z grubsza rzecz biorąc to gołąbki finałowo jadłem, na tym obiedzie, choć już sam nie wiem. Po obiedzie trochę pograliśmy z Jazz-Band, jedna osoba chyba już odeszła z Jazz-Band, ale za to chłopaki z Kamuli wczoraj przyjechali do domu na wakacje, więc mamy dodatkowych muzyków… czad…

Wieczorem ok. 17 siostry z Ruandy chciały się gdzieś przejść, więc poszedłem z nimi tak po naszej wiosce dookoła… Zabrałem ze sobą Patricka i Erije… Ale wiecie jak to jest, że taki mały 7-letni Erija tuli się do twojej ręki przez całą drogę… wtedy się czuję, że dobrze, że tu jestem… że jestem blisko…

Potem wieczór szybko minął, pogadałem trochę na gadulcu, a raczej tylko odpisałem na wiadomości, czasem nawet gdybym tylko chciał tak od siebie kogoś zaczepić na gg, to to jest prawie nie możliwe, bo jak tylko odpisze na wiadomości od innych to już czas mnie goni i muszę lecieć do obowiązków…

Wieczorkiem, to znaczy prawie przed chwilą, pogadaliśmy trochę z siostrą Weroniką, jest z Czaplinka… I wiedzie co? Jak się tak posłucha trochę, o tym co robi, tam na Misji w Ruandzie, o życiu, o pracy, o smutkach i radościach… to się czuję, jak by się z takim Aniołem rozmawiało… szkoda, że na Świecie mamy tak mało dobrych i mocnych osób, jak ta nasza polska siostra… To się nazywa heroizm… Jak jej życie się różni często od naszego europejskiego standardu, jak ideały się różnią, jak bardzo różni się pojęcie Miłości…

Siostro Weroniko… bądź Mocna i Piękna w tym, co robisz, a wszystko wypełni Dobro… którym jest Bóg…

„Ofiarowanie życia jest Drogą Radości…”- takie dziś zdanie znalazłem spośród dziesiątek kartek, które wiszą nad moim biurkiem…

Ja myślę siostro, że ty w tym wszystkim, jesteś Radosna, co jest oznaką Szczęścia…

2009,04,05 Niedziela Palmowa

piątek, 3 kwietnia 2009

2009,04,03 – 21:37; (Pic)

To znowu ja… Niektórzy z was myślą, że nasz blog powoli wymiera i nic się nie dzieje… Właśnie wtedy się dzieje bardzo dużo nie mam czasem czasu i sił by o tym pisać, ale nie poddaję się piszę was jeszcze…

Nie wiem kiedy ostatni raz wam pisałem co u mnie się dzieje, ale napisze to co na bieżąco pamiętam, bo zaraz spać lecę, bo na jutro wypoczęci jest mi potrzebne.

Więc wiecie o tym pewnie, że wczoraj była rocznica śmierci naszego papieża Jana Pawła. W Polsce pewnie o tym głośno, tutaj w Afryce nie koniecznie, ale wczoraj jakoś tak szczególnie o tym pamiętam, miałem to w sobie pośród zgiełku, zamieszania, hałasu i twarzy setek ludzi widzianych na ulicach Nairobi, stolicy Kenii. Wczoraj z Paulem wcześnie rano, bo aż o 5 godz. mieliśmy samolot od Nairobi. Przyznam się, że wcześniej spałem tylko 3 godziny, czego skutki odczuwałem podczas całej małej kenińskiej przygody… W Nairobi byliśmy o 6 rano, samolot tak pędził szybko, że ja tego nie ogarnąłem, tylko że szkoda, że na wschód Słońca z lotu ptaka się nie załapałem, ale to nic, Słońce i tak wstało zaraz po tym jak wylądowaliśmy. Odprawa była bardzo długa, wielkie kolejki były. Nairobi jest najbogatszą wschodnioafrykańską stolicą, wiele się tu dzieje jeśli chodzi o kulturę, produkcję, handel, import, export, politykę, turystykę, biznes, gdzie można to odczuć na każdym kroku. Stojąc w kolejce po wizę, usłyszałem polskie zdania, odwracam się i widzę małżeństwo wysokie jak dęby i gadający po polskiemu. Więc i ja zagadałem, że to taki zbieg okoliczności to i tak mało Polaków i w tym momencie głos za głowy się odezwał : „No i ja jestem Polak”… Mężczyzna ten też okazał się Polaskiem, co potwierdził wyglądem i polską mową. No ja już byłem w szoku, bo w Ugandzie nie spotyka się od tam Polaków… Tak to jest, po prostu jest tu ważny węzeł komunikacji lotniczej, z którym są dziesiątki połączeń bezpośrednich ze światem, dlatego jeśli ktoś sobie wymyślił, że poleci do Afryki nie północnej to prawie na pewno otrze się o Nairobi… ale o czym ja tu piszę… Więc jak już im życzyłem wszystkiego dobrego, to z Paulem jakoś szybko znaleźliśmy taxi, która zabrała nas do Ambasady Polskiej, co też było naszym celem naszej podróży… i co? Słuchajcie ostatni raz w takim korku jechałem w Poznaniu do Katedry z ludzikami z akademika, jak papież umarł, to było 4 lata temu. Z 10 km jechaliśmy ze 2 godziny, jednak był czas do spania. Tylko setki metrów sześciennych spalin nie pozwalało czasem nawet oddychać. Kiedy już wreszcie dojechaliśmy do celu, okazało, się że Ambasada zmieniła adres, ale nasz driver wiedział gdzie to jest i zabrał nas tam. Teraz droga była bardziej miejska.. Znaleźliśmy polski budynek dopiero ok. 10 tej… Skoczyliśmy do centrum handlowego na śniadanie i potem załatwiliśmy naszą sprawę z konsulem. Bardzo miły i rzetelny człowiek z tego naszego polskiego konsula, no i po polskiemu gadoł. Zapytałem się czy by nam nie podarował jakiś pokojów na kilkugodzinny sen i ten miły człowiek się zgodził, także chwilę się przekimaliśmy, jednak tylko ok. 30 min. bo potem polska abasacka ekipa zaprosiła nas na obiad. Pojechaliśmy to tego samego centrum, co śniadanie jedliśmy. Pogadaliśmy z nimi trochę na różne tematy, o CALM im opowiedziałem więcej i takie tam. Mówię wam, naprawdę dobrzy ludzie z nich, tacy swojscy, tacy polscy. Cieszę się, że gdziekolwiek się jest w świecie – na Polaków można liczyć…
Potem pojechaliśmy do Centrum by kupić bilety na nocny autobusowy powrót do domu i coś tam pozwiedzać. Za bardzo nie wiedzieliśmy co jest warte zobaczenia, ale jak rozmawiałem z konduktorem matatu – „maly bus taxi” mówił, że wszystko w Nairobi jest ciekawe. Także opowiedział mi trochę o swoim życiu, młody chłopak, James, ma żonę i syna Daniela, powiedziałem mu, że Daniel to mocne imię, w końcu Daniel z lwami walczył. Kiedy już byliśmy w centrum po prostu szliśmy ulicami zatłoczonej, radosnej i hałaśliwej Nairobi… Doszliśmy do jakiegoś Muzeum Archiwów Narodowych, tam weszliśmy i wiele rzeczy dowiedziałem się o Keni a także o całej Afryce. Najbardziej interesujące dla mnie było o Masajach – jest to grupa etniczna, która żyje do dnia dzisiejszego. Wiecie o tym, by Masaj mógł się stać Masajem, musi najpierw lwa zabić i przywdziać jego grzywę… Tylko, że teraz mają problemy, bo rząd bardzo ściga za ich zabijanie, bo lwy są pod ochroną… No cóż… nie można mieć wszystkiego, wybieraj: Park Narodowy pełen lwów lub wioska Masajów pełna prawdziwych mężczyzn… tu już zdania są podzielone, ale co jak co, ich sylwetka wywarła dla mnie wielkie wrażenie… Pamiętam jak jechaliśmy z Anią przez Tanzanie, para Masajów jechała z nami autobusem, ale czad. Już ok. godz. 17, poszliśmy napić się czegoś ciepłego, trafiliśmy do miłej kawiarni na jakimiś swerku. Powiem, że tylu w Nairobi Bazungu, że ho ho. Prawie na każdym kroku można spotkać jakiegoś białasa. Ogólnie jest tam mix narodowości… Zaraz po 17tej wpadliśmy na pomyśl, że może jakiś kościół katolicki znaleźć, bo kościołów tam wiele, ale tylu wyznań, że u ha ha. Dziwnym zbiegiem okoliczności najbliższy nas okazał się katolicki i jeszcze w dodatku największy w mieście, będący katedrą… wielki zbudowany z masywnych cementowych bloków z wierzą na 70 metrów. Akurat trafiliśmy na Msze św., więc zostaliśmy. Pod kościołem potem spotkałem pewną starszą kobietę – Marię, która żebrała o pieniądze dla swoich dzieci. Posiedziałem trochę z nią, trochę mi opowiedziała o swoim życiu a ja o swoim, powiedziałem, że moja mama także ma na imię Maria. Bardzo się ucieszyła. Wiecie o tym, że w tą katedrę błogosławił osobiście nasz papież w 1980 r. czego dowodem była 4 metrowa wielka tablica z jego słowami… Ale czad… Potem tylko zostawiłem list od naszego chłopaka z CALM – Vicenta, który uciekając z Ugandy, trafił właśnie tam i mieszkał przy tym kościele przez 7 miesięcy. Też nie przypuszczałem, że trafimy do tego właściwego kościoła, bo Vicent poszukuje swojej ciociu, która jest dla niego bardzo cenna, chce by go zabrała do Europy, do Włoch, jak też obiecała. No nie wiem… Zostawiam to im i powtarzam, że w Europie to wcale to takie niebo nie jest, tylko też trza ciężko pracować… Już po tym przemierzając wieczorne ulice Nairobi, doszliśmy do naszego przystanku autobusowego. Ale co chciałbym powiedzieć: że w Nairobi można spotkać bardzo kolorowe i głośne matatu i autobusy, myślę nawet, że to taka część tutejszej kultury, że na samochodach publicznego transportu można zobaczyć dziesiątki kolorowych światełek, neonów, małe TVs w środku i bardzo głośna muzyka. I tak jeżdżą chłopaki i szpanują swoimi taxi… mówię wam dzięki temu, miasto wieczorne nabiera takiego pędu i koloru, muzyki i radości, że ho ho… Także podobno bardzo trza uważać, bo jest to jedno z najniebezpieczniejszych miast Afryki, myślę, że Nairobi to taki afrykański Amsterdam, to mogę powiedzieć z całą pewnością, tu jest wszystko dozwolone. Tak, Amsterdam to odpowiedni odpowiednik :) Kiedy już siedzieliśmy w pierwszych fotelach autobusu, odczułem ulgę, że już możemy odpoczywać i spać wracając 12 godzin do domu. W sumie się pomyliłem, bo droga była koszmarna, takie dziury, szczególnie jadąc przez pustynie, a nasz kierowca to wariat był… Ścigał się z innymi jak by w grę komputerową grał. U nich nie ma pojęcia chodnik i że tak są ludzie. Jak prowadzę autobus to przecież wszyscy się mnie boją, czego doświadczyliśmy w praktyce. Na granicy byliśmy ok. 3 nad ranem. W ogóle prawie na każdej afrykańskiej granicy można spotkać o każdej porze dnia i nocy wymieniaczy walut, szczególnie są chętni na bazungu, którzy najczęściej nie znają się na pieniądzach. Ja tam zawsze z nimi próbuję gadać o czymś innym niż kasa, wtedy się mieszają i im głupio. Słuchajcie… Tak na tej granicy poznałem pewnego „wymieniacza”, który ma na imię „Sracz”… Jakoś tak uśmiech mi się cisnął na twarzy i myślałem: dobrze, że ten „biedak” polskiego nie zna, bo by głupio było. Rozmawiałem z nim o życiu jak to nazwał, rozmawialiśmy nawet o Bogu… Bo zobaczył Krzyż na mojej szyi. Tutaj w Afryce o Bogu się mówi bardzo otwarcie, prawie nikt się nie wstydzi swojej wiary, w to, że Jezus prawdziwie żyje w innych, że Mahomet powróci i takie tam… Tylko na koniec było mi ciężko powiedzieć „Well… God bye Sracz…” no ale się udało…

W domu byliśmy ok. 7 rano. Cały poranek dziś był pochmurny i deszczowy, trochę odpocząłem i ogarnąłem zaległości… Popołudniu pojechałem do przychodni się zbadać na malarię, bo ostatnio się źle czuję… i co?? Tak, tak wreszcie jest… Mam malarię, udało się:) Father powtarza, że być w Afryce a nie mieć malarii to jak… coś tam… już nie pamiętam, no ale sens znacie… Jak np. Lipiany bez Przemka, albo jak Słońce bez promieni. Wieczorem zrobiliśmy Drogę Krzyżową, już prawie ostatnią… Kiedy już było ciemno, prąd przychodził i odchodził, ale wreszcie już jest także mogę wam pisać… Będę kończył, bo jutro mam wiele pracy… trudny i piękny dzień mam nadzieję będzie…

Co na koniec? Wciąż powtarzam…
„Prawdziwa wielkość ubrana jest w prostotę…”
Dziś tego doświadczyłem… Jak wrócili ze szkoły podbiegli do mnie i prawie rzucili się na mnie zgraja tych najmłodszych łobuzów… Moi chłopcy z CALM – jesteście dla mnie bardzo ważni… Jak trudno mi będzie was zostawić…

Już spię… Nie ma mnie… Dobranoc Eskimosi, ale tacy już całkiem całkiem wiosenni Eskimosi… :)


2009,04,01 Kaplica i Kampala

2009,04,02 Nairobi - dyplimatyczna misja

2009,04,03 Nasza kolejna Droga Krzyżowa

2009,04,04 Made Partick - wygłupy w szkole, przecież to sobota

poniedziałek, 30 marca 2009

2009,03,30 – 22:45; (Pic)

Tak łatwo z rąk wymyka się
Ucieka wciąż, znika we mgle
A Ty je chcesz na własność mieć
Chcesz zamknąć na klucz
Przed światem schować
Skryć - jak skarb swój
Prywatny skarb... niemożliwe

Bo szczęście to przelotny gość
Szczęście to piórko na dłoni
Co zjawia się, gdy samo chce
I gdy się za nim nie goni

Tym więcej chcesz im więcej masz
Wymyślasz proch, chcesz sięgnąć gwiazd
Lecz to nie to, nie - to nie tak
I ciągle czegoś nam brak do szczęścia
Wciąż nam brak, tak zachłannie brak
Otwórz oczy...

Szczęście to ta chwila, co trwa
Niepewna swojej urody
To zieleń drzew, to dzieci śmiech
Słońca zachody i wschody

Więc nie patrz w dal,
Bo szczęście jest tuż obok w nas
W zwyczajnym dniu, w zapachu domu
Wśród chmur, w ciszy traw
Jest blisko nas, blisko tak, blisko tak...

Bo szczęście to przelotny gość
Przebłysk słonecznej pogody
I dużo wie, kto pojął, że
Szczęście to garść pełna wody

Szczęście to ta chwila, co trwa
Szczęście to piórko na dłoni
Co zjawia się, gdy samo chce
I gdy się za nim nie goni


2009,03,30-31 Bombowa gra z maluchami